sobota, 28 stycznia 2012
Jestem chora i już
Kochana Danusiu! Od trzech dni zdycham. Łykam tonę prochów, żeby w ogóle wyjść do kiosku. Drogę pokonuję na wdechu (takie przenikliwe zimno), a w kiosku siedzę tyłkiem na grzejniku. Warczę na klientów, no bo muszę otwierać okienko, a ten piekielnie zimny wiatr wali mi prosto w twarz. Mąż mój dzisiaj chyba dopiero z lekka zauważył, że coś ze mną nie tak, bo (za przeproszeniem) smarkałam krwią i pokładałam się zupełnie. Nienawidzę chorowania, a jeszcze bardziej nie cierpię narzekania jak to mnie coś boli, czy mam gorączkę. Po prostu zajadam się proszkami i ma mi przejść. Gdyby jednak nie przeszło, to wejdę do szafy i tam zejdę po cichutku... Jednak mam jeszcze gorączkę i to (uważam) usprawiedliwia pisanie głupot. A pracować trzeba. I tak mi nikt nie da L4. Wczoraj wieczorem nagle sobie uprzytomniłam, że zapomniałam o urodzinach matki. Zupełnie - co mi się nie zdarza nigdy. Będę musiała zaraz zadzwonić do kwiaciarni, czy moje znajome kwiaciarki wyślą dziś jakąś wiązkę do niej. Bo gotowa jeszcze zadzwonić z pretensjami. Nie chce mi się z nią gadać... A teraz w odpowiedzi na zaproszenie Fidrygałki:
ZASADY ZABAWY: 4. Zaproś co najmniej 5 innych blogów. Ten ostatni punkt pominę, bo nie lubię nikogo "zmuszać" do łańcuszków. Sama też nie lubię tych zabaw, ale mam słabość do Fidrygauki... ;))) Żeby było śmiesznie - NIE CIERPIĘ SERIALI!!! Ale spokojnie - tylko takich pewnego typu. Jest wiele takich, które lubię i oglądam. Nie cierpię seriali polskich (typu D jak d**a) - takich nie oglądam wcale i nie wiem o co chodzi. Automatycznie jestem do tyłu, bo zupełnie nie znam aktualnych popularnych polskich aktorów. Ale trudno... Nie lubię też seriali, które trzeba oglądać odcinek po odcinku, czyli jest się zmuszonym do ślęczenia i śledzenia na bieżąco. Nie mam na to czasu ani ochoty. Jeżeli już taki serial mam obejrzeć, to tylko wszystkie odcinki razem. Wtedy to dla mnie ma sens.
Dr Hause - pierwszych kilka sezonów obejrzałam ciurkiem po nocach w sanatorium. Nie mogłam się oderwać, mimo niezadowolenia mojego męża. Niesamowicie spodobała mi się postać doktorka o przenikliwie niebieskich oczkach. Jego chamskie zachowania przy jednoczesnej skuteczności stawiania diagnozy sprowokowały mnie do zadania sobie pytań czy ważniejsza kultura, czy skuteczność.
Teraz wyszło szydło z worka. Nie ma wśród moich ulubieńców "cukiereczków". Jest krew, trup się ściele gęsto. To chyba dobry materiał dla psychologa...
PS. Czemu zapomniałam o serialu, którym nawet "gwałcę" mojego męża, gdy przydarza się w porze, kiedy razem jesteśmy w pokoju, a ten serial właśnie leci? Może dlatego, że w tym filmie jest wszystko to, czego nie znoszę w normalnym życiu, tzn. totalna manipulacja, sugestia i włażenie w umysł. Tutaj jednak ulegam urokowi detektywa Patricka i nie mam nic przeciwko takim metodom w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Nie chciałabym mieć do czynienia z kimś takim w realu, chociaż znałam kiedyś faceta, który takie swoje umiejętności świetnie wykorzystywał w swoim życiu. Byłam zaszokowana tym, że jego żona wiedziała o jego "sztuczkach", ale traktowała to z pobłażliwością. Z zewnątrz nie wyglądało to ładnie...
sobota, 21 stycznia 2012
Życzenia kolejne
Kochana Danusiu! Właściwie zapadłam w sen zimowy. Idę rano do pracy, rozkładam prasę, wracam do domu - i pod kocyk. Oczywiście - nastawiam budzik, bo zaspałabym na swoją zmianę. Jakoś się przemęczę potem w kiosku, bo myślę o kocyku w domku. I jak wracam - znowu zapadam w zdrowy sen. Budzik dzwoni - zrywam się i ospałym krokiem przemieszczam do kiosku - zrobić zwroty prasy i zamknąć interes. Przy tym normalnie śpię w nocy i rano wstać nie mogę. Nie pomaga żadna kawa, żadne napoje energetyzujące. Nic. Ciśnienie w normie. I jak tu żyć? Orzeźwiła mnie na chwilę myśl, że właśnie nadszedł ten dzień - dzień Twoich urodzin, to się muszę sprężyć i coś napisać. No i ten dzień babci i dziadka też niebawem. No to się sprężyłam i Ci życzę:
Poza tym czasem mnie trąca coś do życia. Byliśmy na basenie z L&D w niedzielę i to było coś! Wytaplałam się znowu za wszystkie czasy, aż szkoda, że ten basen tak daleko. Naprawdę to wstyd, żeby takie duże miasto jak nasze, nie miało takiego kompleksu basenów. I musimy tak daleko jeździć, co jednak wymaga trochę zachodu. Jeszcze w poniedziałek (idąc za ciosem, że się trochę pobudziłam) poszłyśmy z Gosią na koncert zespołu, w skład którego wchodzi ten nasz sąsiad z dziewczyną (ten od Mam talent). Tu masz (od 33:50 min.) fragmenty tego koncertu (nawet mnie widać na widowni). Koncert był wieczorem w klubie - pogadałyśmy, posłuchałyśmy i wypiłyśmy po piwku. No i pożegnałam się z Gosią, bo było to nasze ostatnie spotkanie przed jej wyjazdem do Włoch. Teraz, gdy to piszę, Gosia jedzie właśnie autokarem przez Austrię i całe Włochy. Teściowa jej siostry załatwiła jej pracę w miejscowości, gdzie sama mieszka, na Sycylii. Tam jest teraz kilkanaście stopni ciepła!!! Jedzie do sprawdzonego miejsca, na dobre warunki. Nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie miała wrócić. A ja się cieszę, bo tutaj nie miała najmniejszych szans na nic. Całą pensję, ciężko zresztą zarobioną, wkładała w wynajem mieszkania i opłaty. Nie mogła ruszyć z niczym z powodu braku kasy. Przyjedzie jednak na chwilę w maju na ślub syna. Oczywiście - mamy mieć kontakt skejpowy. Jutro wybywamy do znajomych na imprezkę. Robimy sobie dzień babci i dziadka, w większym gronie babć i dziadków (prawie wszyscy jesteśmy). Styramy się trochę alkoholem, pojemy trochę smacznych rzeczy, pośmiejemy się z tego naszego dziadostwa i babciostwa. I w niedzielę po południu znowu będę mogła spokojnie zapaść w sen - budzona jedynie na okoliczność pracy. Niestety.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Podobno ma być spokój
Kochana Danusiu! Dzisiaj mój mąż powiedział, że przydał by się nam spokój. Chociaż trochę spokoju. Po intensywnym sylwestrze jakoś doszliśmy do siebie. W połowie tygodnia weszliśmy w rytm pracy i było ok. Jednak - to naprawdę nie moja wina, że mąż mój urodził się 7 stycznia! No i czy mogłam o tym zapomnieć? Czy mogłam udać, że nic nie wiem? Umówiliśmy się z L&D na sobotę. Z tym, że nie powiedziałam im, z jakiej to okazji. Myśleli, że tak sobie, ot - spotkamy się pierwszy raz w nowym roku. Zrobiłam ciasto, tort, sałatkę. Mąż przygotował jakieś zakąski i zakupił alkohol. No i - oczywiście - świetnie się bawiliśmy, a przed północą wniosłam tort i wtedy się wydało, że mąż mój właśnie skończył 73 lata! Niespodzianka była pełna. I wiadomo - trzeba było to opić.
Wierz mi - patrzę stale z niedowierzaniem na te cyfry. Nie wierzę, że mój mąż ma tyle lat! Nie wygląda, nie czuje się tego wcale. I oby było tak jak najdłużej!!! Wczoraj mąż wypoczywał po imprezie w jedyny sobie znany (i sprawdzony w jego przypadku) sposób - śpiąc do późna. A dzisiaj uznał, że dość tych świństw: trzeba trochę zbastować, bo picie co weekend to przesada. Na następny weekend mamy zaplanowany wypad na basen dla zdrowotności naszych organizmów. Pojedziemy się popluskać na parę godzin. I nie będzie żadnego picia:)))
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Było świetnie!
Kochana Danusiu!
Zgodnie z zasadą, że jak się nie ma ochoty na balety, to okazują się one najfajniejsze - tak było i teraz. Ubrana w byleco, nastawiona bojowo i po wypiciu dwóch drinków na rozluźnienie, stawiłam się z mężem i silną grupą pod wezwaniem na sali balowej. Stolik sześcioosobowy zrobiony na ośmio, więc na wejście wylałam (siedziałam z brzegu) pół kieliszka szampana podanego na wjazd i kieliszek wódki. Ok - żaden dramat. Pomyślałam, że teraz może być już tylko gorzej. No i się zaczęło! Normalnie jak na weselu - podali zupę (pieczarkową z jakąś kluskopodobną bryją), potem gniecione pyry z zawijanym zrazem i buraczkami. Ziemniaków nie jadam, to nie wiem jakie były, ale zraz i buraki miały ten sam smak - nijaki. Nie marudziłam - w końcu nie przyszłam się nażreć na sylwestrze. Oczywiście leżały na półmiskach jakieś przekąski, ale już nie ryzykowałam... Co do picia. Każdemu wiadomo, że nie pijam nic innego, tylko czystą z sokiem pomarańczowym. I nigdzie z tym problemu nigdy nie miałam. No tak, ale nie uprzedziłam wcześniej obsługi, że JA będę! ;))) Podano rozcieńczone do bólu napoje w dzbankach. Po zrobieniu z tego drinka zrobiło się ohydztwo, raczej niezdatne do picia. Ale co było robić - piłam, co było. W końcu nie przyszłam się nachlać na sylwestrze. Podczas miłej konsumpcji i popijania wstępnych kolejek dla kurażu, cichutko sączyła się muzyczka, taka jaką lubię (znaczy lata 80-te). I nagle wystąpił DJ i wrzucił trochę watów. I okazało się, że od teraz nie liczy się jedzenie czy picie, zaczęła się regularna dyskoteka dla zgredów (takich jak ja). Przekrój wiekowy na parkiecie od 30 do 80 i wszystkim się podobało. Problem był tylko taki, że grali bez przerwy, a odchodzić było szkoda. I nagle zrobiła się północ, i już szampany i życzenia, fajerwerki przed budynkiem. I znowu tańce. W tłumie zobaczyłam sąsiadów moich rodziców - okazało się, że tutaj świętują ślub swojej córki - zrobili wesele w czasie sylwestra. Było miło ich spotkać, bo to bardzo życzliwi ludzie. Czas tak szybko płynął, że nagle zrobiło się wpół do czwartej i zawołali, bo podjechała taksówka, żeby nas odwieźć do domu. A na drugi dzień, po obudzeniu się nie mogłam wstać. Złapał mnie skurcz w oba uda i myślałam, że zdechnę z bólu. Jakoś się przeturlałam do pokoju, zwinęłam w kłębek i przeczekałam. Potem sobie pomyślałam, że to przecież nic dziwnego. Tyle godzin tańca niemal bez przerwy, bez żadnego przygotowania, przy zerze kondycji. Ale za to bez kaca, bez dolegliwości żołądkowych, bez bólu głowy. Super. A jednak doszliśmy z mężem do wniosku (mimo, że się dobrze bawiliśmy), że taki bal to naprawdę już ostatni raz. No bo 470 zł za nas dwoje, za 6 godzin tańca przy płytach, to chyba przesada. A - wypiliśmy 2,5 l wódki w 8 osób. To myślę, że lepiej iść za tę kasę parę razy na balety w karnawale. A sylwestra spędzić kameralnie. Na szczęście ten tydzień pracy krótszy o jeden dzień, to odpoczniemy. Zwykle jest tak:
a teraz będzie tak: My - oczywiście - w sobotę pracujemy. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Coś oryginalnego
Czytam nałogowo:
Księga gości
Marzenia:
Poprawia mi humor:
Przydatne:
|