Ten blog powstał z potrzeby pisania listów listów do mojej realnej koleżanki. Dzięki niemu poznałam jeszcze wiele innych, z którymi nadajemy na tych samych falach. Te listy są więc od pewnego czasu już nie tylko do Danki, ale do tytułu bloga się przyzwyczaiłam... Wchodząc tu uszanuj moje prawo do prezentowania moich subiektywnych opinii i odczuć. Ja nie odbieram Ci prawa do posiadania własnych - prawda? Jestem tu gospodarzem - pamiętaj o tym.
wtorek, 04 czerwca 2013
Wciąż zimno i mokro

Kochana Danusiu!

Dziś, gdy wychodziłam rano do pracy, pomyślałam sobie: czy ja cały rok przechodzę w mojej ukochanej, grubej i ciepłej kamizeli? To jest niesamowite - czerwiec, a ja rano ubrana prawie jak w zimie. W kiosku zimno, w domu zimno, i jeszcze ta wszechobecna wilgoć...

W niedzielę zrobiliśmy drugie - tym razem dużo poważniejsze - podejście do wyjazdu do Przelewic. Poważniejsze, bo nawet wyjechaliśmy o 9.30 z domu i zdołaliśmy (z trudem) przedrzeć się w strugach deszczu na Prawobrzeże. Jednak jechać się nie dało. Szyby w autku parowały niesamowicie, wycieraczki nie nadążały zgarniać wodę... Kiedy okazało się, że zaczynamy jechać w niewąskim strumieniu, a spod kół samochodów wylatują fontanny błota - odpuściliśmy i zawróciliśmy do domu. Na dodatek na zachmurzonym niebie nie było widać żadnych szans na przejaśnienie...  Po południu - oczywiście - nie było śladu po deszczu, ale kto wie, co się działo 100 km na południe od nas?

To wszystko nam skutecznie popsuło humor na resztę dnia i nie pomogły żadne próby (moje) rozładowania napięcia.

Do Przelewic już się w tym roku nie wybieramy (a przynajmniej ja nie wykażę w tym względzie żadnej inicjatywy), bo zależało mi na obejrzeniu kwitnących rododendronów, a za tydzień, dwa już będzie po frytkach! Może w przyszłym roku?  [jest po co żyć!]  Tymczasem obejrzałam sobie rododendrony w necie, oglądam codziennie jednego pod balkonem (sąsiada) - i to mi musi wystarczyć.

rododendron sąsiada

Z innych atrakcji: czasem przypływają do nas wieeeeelkie wycieczkowce. Tym razem "załapaliśmy się" na oglądanie (z zewnątrz tylko - oczywiście) wycieczkowca pod wdzięczną nazwą Deutschland. Jak nazwa wskazuje ;) - niemiecki. Ogromny niesamowicie: 174 m długości i ten ogrom widać dopiero, gdy się pod nim stoi. Same szalupy są imponujące. Z zewnątrz statek jest bardzo prosty, ascetyczny wręcz. W środku zapewne za to komfort totalny.

wycieczkowiec Deutschland

Filmik z cumowania statku do nabrzeża przy Wałach Chrobrego można zobaczyć tu. Niewiarygodne, jak taki wielki statek ciągnie taki mały holownik...

A - jeszcze mi się przypomniało, że mój mały powojnik kwitnie i muszę go koniecznie pokazać.

mój powojnik

Ciekawa jestem, czy urośnie cokolwiek tego lata i czy przetrwa zimę. No cóż - zobaczymy!

Z kronikarskiego obowiązku muszę jeszcze napisać, że w końcu złożyłam papiery w sądzie. Kosztowało mnie to łącznie 188 zł (22 za każdy odpis z USC i po 50 za oboje rodziców) - nie licząc nerwów, biegania i użerania się z urzędnikami. Sprawa pewnie odbędzie się dopiero po wakacjach - tak pracują nasze sądy.  A w tym tygodniu minie już 4 lata od śmierci Taty. Jak ten czas pędzi!

Zrobiłam też na zamówienie dwie eleganckie karteczki i jestem bardzo dumna z pudełeczek do nich. W końcu załapałam metodę na te pudełeczka. Do tej pory było to dla mnie zupełnie upiorne zajęcie - teraz mogę tylko kleić pudełka!

No dobra - zmykam do jakiejś roboty - nie można stale siedzieć przed kompem!

niedziela, 26 maja 2013
Z powodu deszczu i zimna...

Kochana Danusiu!

I tak pięknie zapowiadający się dzień, czyli niedziela, przestał się dobrze zapowiadać. W sobotę rano straciliśmy wszelką nadzieję na wyjazd, bo wycieczka w deszczu i temperaturze 14 st.C nie należałaby do przyjemnych. A przecież chcieliśmy sobie zrobić przyjemność. W zamian za to wysłałam po południu męża z kolegą D. na mecz piłki wodnej w naszej pięknej pływalni. W niedzielę zamierzamy się porządnie wyspać, a potem mam oczywiście szycie (na poniedziałek).

Na temat dnia matki się nie wypowiadam. Kto mnie zna ten wie, że ten temat jest dla mnie zamknięty. Czytam oczywiście najróżniejsze wpisy na temat i widzę, że nie tylko ja tracę bielmo na oczach ;) Niektórzy pozbawiają się złudzeń dużo wcześniej niż ja - no, ale ja zawsze byłam idealistką...  Człowiek jednak musi mieć coś twardego: albo d**ę, albo serce. No i całe życie się uczy...

Nabyłam też w końcu (na Allegro) wykładzinę o grubości (a raczej cienkości) 1 mm.

wykładzina pcv

Wygrałam licytację bardzo korzystnie, bo gra szła o kawałek 2x2,20 m i skończyła się wynikiem 22 zł. Szukałam tej wykładziny od dawna w castoramach, ale już jej nie sprowadzają podobno. Potrzebna mi była taka cienka do wyłożenia w środku szafek kuchennych. Te białe środki niszczą się jednak po dłuższym użyciu, a nasza kuchnia ma już jednak dobrych kilka lat! Szafki z zewnątrz wyglądają pięknie, ale środek jest nieciekawy. Po wyłożeniu będą jak nowe. 

Nowe mam także żelazko - chyba zasłużyłam, bo mąż kazał mi sobie wybrać. To wybrałam takie:

Philips GC292002

 

A jeżeli chodzi o ten deszcz, to właściwie dobrze trafił w czas. We wtorek po pracy z mężem wykarczowaliśmy ogródek przed blokiem. Zostawiliśmy tylko kilka większych krzaczorów i kilka kęp kwiatów. Ciężko było, ale wygląda to teraz porządnie.

W środę do ogródka pod balkonem miałam miłego pomocnika, za pomocą którego wytargaliśmy całe niepotrzebne zielsko (rozrośnięte krzaki irgi płożącej). Resztą zajęłam się już sama od rana w piątek. Poprzesadzałam, powsadzałam wszystko, uklepałam, podlałam - i byłam przygotowana na codzienne podlewanie. A tu deszcz - równy i miarowy - pozbawił mnie tej "przyjemności".  Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

A do Przelewic można jechać za tydzień także - ma być podobno ciepło i słonecznie!

wtorek, 21 maja 2013
Sezon lodowy rozpoczęty!

Kochana Danusiu!

Tak jak było do przewidzenia, wiosna mignęła tylko i zrobiło się lato. Wszystkie kwiaty, które mam pod balkonem, kwitły w szalonym tempie: potrafiły niektóre przekwitnąć w ciągu jednego (upalnego) dnia. Wcale mi się to nie podobało! Jedyna dobra rzecz w związku z tak szybkim ociepleniem to to, że mogłam wywalić tradycyjnie kwiaty z domu na balkon. Od razu mi luźniej...

Dużo słońca, ciepło, długie dni - to wszystko musiało dobrze wpłynąć na moje dobre samopoczucie. Oczywiście - oprócz prochów, które łykam regularnie według wskazówek lekarza (byłam na ponownej wizycie - następna po wakacjach). Muszę przyznać, że teraz zasypiam bez problemów (a sny mam niesamowicie realne i pełne dziwnych sytuacji). Dostałam także kopa jeżeli chodzi o prace domowe. Znowu wyrzucam (oddaję) połowę szafy, już nie łudząc się, że kiedykolwiek jeszcze schudnę. Mam zadanie polubienia się w aktualnym rozmiarze. Jednocześnie staram się przestrzegać reguł zdrowego żywienia - otręby, ziarna, białko, dużo warzyw - wszystko to ku poprawie przemiany materii... Nie wiem, jak do tego zdrowego żywienia ma się moja nieustanna słabość do lodów (w kiosku pod ręką cała zamrażara!), ale tłumaczę sobie, że takie bez polewy to przecież i mało kalorii, i samo zdrowie, bo białko... no i że jakiś nałóg przecież mieć trzeba... ;)))


Miałam też ostatnio niezbyt miłą sytuację w kiosku. Z lekka poturbował moją lewą rękę (przez okienko, bo się broniłam) totalnie naćpany facet. Z koleżką usiłowali mi wyrwać papierosy, ja się nie dałam, wiec w napadzie wściekłości usiłowali mi zdemolować cokolwiek. Zdemolowali mi rękę i udało im się porwać kilka paczek fajek... Przyjechana policja ich nie złapała, ale ja na komendzie spędziłam kolejne kilka godzin dyktując do protokołów...  Jedyne, co wyniosłam z tej "przygody" to zalecenie pana policjanta, żebym nabyła sobie gaz pieprzowy i w razie potrzeby po prostu pieprznęła napastnika po oczach. Nie zostanę ukarana, bo będzie to w obronie własnej. Gaz natychmiast nabyłam (militaria.pl) i teraz niech tylko ktoś podejrzanie spojrzy! Nie zawaham się użyć!!!

Byłam też u mojej pani stomatolog na co-półrocznej wizycie kontrolnej. Tak już mam, że co pół roku muszę usuwać sobie kamień nazębny (podobno to kwestia pH w jamie ustnej) mimo intensywnego dbania i szczotkowania po każdym posiłku. Mam skłonności dziedziczne do paradontozy i dlatego muszę dbać szczególnie.     [tu dygresja, bo jestem złośliwą bestią: chyba powinnam sobie jednak powyrywać wszystkie zdrowe przecież zęby profilaktycznie, żeby potem nie gubić ich po drodze - a i tak jest duże prawdopodobieństwo, że je pogubię...]        Najgorsze jest jednak to, że będę musiała zmienić dentystkę, bo w sierpniu rodzi i idzie na wychowawczy. A ja tak nie cierpię zmieniać kogoś kto jest dobry i do kogo się przyzwyczaiłam! Buuuu!!!

A teraz znowu o kwiatkach. Obie działki (ta przed blokiem i ta pod balkonem) wyją już z rozpaczy. A ja nie mogę się zebrać, żeby cokolwiek tam zrobić. Po prostu nie mam (fizycznie) siły! Wymyśliłam, żeby sprzed bloku wywalić wszystkie badziewie i zostawić tylko krzaki - będzie łatwiej pielęgnować (ja już naprawdę nie daje rady, a sąsiedzi uważają chyba, że to mój obowiązek). Pod balkonem też wywalę wszystko, co zarasta i uporządkuję dogłębnie. Byliśmy w niedzielę na kiermaszu - oczywiście z kolegą D. (zdjęcia tutaj).  Zakupiliśmy parę zwisających pelargonii (na balkon) o fajnych kolorach, trochę cebulek frezji i krokosmii, a także cebule lilii i trzy róże wielkokwiatowe. No i moje marzenie do tej pory: clematis! Nie mam pewności, czy uda mi się jego uprawa, ale - co tam - spróbuję! Tak więc w tym tygodniu jest plan porządkowania i nasadzania działek.

A w niedzielę się wybieramy do Przelewic! A co? Jak szaleć, to szaleć!!! ;)))

piątek, 03 maja 2013
Urodziny i wspomnienia

Kochana Danusiu!

Może najpierw o koncercie Eleni. Jak już wspomniałam - to raczej nie moja bajka, ale też piosenkarka o niezbyt nachalnym repertuarze. Fakt, że ma nieznośną (dla mnie) słabość do tekstów o wiecznej miłości i szczęśliwości jakoś bym przebolała... Gorsze było dla mnie to, że w pewnym momencie, przy starszych piosenkach, przypomniało mi się, że była to ulubiona piosenkarka mojego Taty. Wróciły wspomnienia, żal... Dobrze, że na widowni było ciemno i nikt nie widział moich łez, które ukradkiem wycierałam rękawem...

W niedzielę od rana robiłam pit-y (nie tylko nasze). Oczywiście - jak w zeszłym roku - wysłałam przez internet. Muszę przyznać, że tym razem nie bolało i poszło nadzwyczaj szybko.

Musiałam jeszcze trochę poszyć (służbowe) i zrobić ozdobne pudełko na książkę (prezent dla Gosi) z życzeniami.

Poniedziałek też miałam pracowity, bo pojechaliśmy z D. do Selgrosa po napoje do kiosku. Trzeba było przerzucić trochę zgrzewek z butelkami - z półek na wózek, z wózka do samochodu, z samochodu do boksu. D. mi pomagał, ale przecież starałam się tej pomocy nie nadużywać i dźwigałam równo. Wymyśliłam i powiedziałam mężowi, że w podzięce za to wożenie trzeba będzie kupić bilety na jakiś koncert i zaprosić D. z żoną. Mąż się ze mną zgodził, a ja już szukam odpowiedniej imprezy... ;)))

We wtorek kończyliśmy pracę wcześniej i zrobiliśmy sobie wypad do mojego ulubionego nadmorskiego miasteczka na 50 urodziny Gosi.

bukiet dla Gosi

Jechałam tam z duszą na ramieniu, bo tyyyyle wspomnień! A wyjechałam stamtąd 15 lat temu (jak ten czas leci)! A Gosia mieszka naprzeciwko mojego byłego miejsca zamieszkania...

Naspacerowałam się po uszy (była piękna, słoneczna pogoda), objadłam się samych smakowitych rzeczy na imprezie, nagadałam się z Gosią do bólu. Mąż nie był specjalnie uciążliwy, bo spacery i rozmowy uskuteczniałyśmy z Gosią od świtu bladego, kiedy mężu jeszcze grzecznie spał.

pozdrowienia znad morza

Dostałam na drogę troooochę zamrożonych świeżych śledzi (wzięłam na tę okoliczność termotorbę z domu), słoik śledzi w occie i słoik śledzi surowych w sosie (specjalność Gosi).

W domu martwiłam się trochę, czy jeszcze pamiętam, jak się robi świeże śledzie (robiłam je i jadłam kiedyś w sezonie tonami). Pomyślałam, że może zrobione w domu, daleko od morza, będą smakowały mi inaczej albo wcale. Bałam się, żeby już śledzie nie kojarzyły mi się tylko i wyłącznie...  Zamarynowałam je zaraz po przyjeździe do domu (były już wyfiletowane) i po przyjściu z pracy otoczyłam w mące i na głęboki tłuszcz! Pięknie zesmażyłam i spróbowałam od razu na gorąco. NIEBO W GĘBIE! Udało się! Nie tylko tam śledzie smakują tak pysznie!  Fakt, że muszą być świeżutkie jest jednak niezbity.

najlepsze owoce morza

 

Dzisiaj oczywiście odpoczywaliśmy intensywnie po nadmorskim "świętowaniu". Pogoda nadal śliczna, słońce i dosyć ciepło (przynajmniej na balkonie). A jutro od rana do pracy. Ale już pojutrze znowu wolne. Tak to ja lubię!!!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 124
O autorze
Zakładki:
Coś oryginalnego
Czytam nałogowo:
Księga gości
Marzenia:
MOJE HOBBY (czyli dlaczego nie mam czasu na bloga)
Poprawia mi humor:
Przydatne: